niedziela, 15 lipca 2012

Sposób na Japonię - 2010

Nad wyborem swego azymutu, nie zastanawiałem się zbyt długo, choć o tej podróży marzyłem chyba od momentu, kiedy pierwszy raz wypowiedziałem słowo - Japonia. Pierwsze skojarzenia z tym krajem dotyczyły samurajów, ataku atomowego na Hiroshimę, niepojętego języka i w końcu samego Tokio. Z początku były to dla mnie jedynie obrazy, które rozwijała moja wyobraźnia, a jak jest naprawdę sprawdziłem to na własnej skórze.. Powiem szczerze, że podróże sprawiają, iż pewnego rodzaju czar i wyobrażenie o odwiedzanych miejscach pryska, ale to nie znaczy, że nie warto podróżować i to nie znaczy, że nie zakochałem się w tym kraju, kulturze i kulinarnych specjałach.. swoją przygodę z podróżami rozpocząłem tuż po maturze, w 2001 roku i od tamtego czasu turystyczny wirus na dobre utkwił w mym krwiobiegu..

Słowem wstępu, dodam, że zdecydowałem się na stworzenie własnego bloga, tylko dlatego, żeby informacje o odbytych podróżach nie zaczęły zanikać, a przy okazji fajnie jest podzielić się z innymi podróżnikami swoimi fotografiami oraz doświadczeniem. Długo zastanawiałem się nad formą swego bloga, aż w końcu postanowiłem pójść na żywioł i przelać swoje wspomnienia z pierwszej zorganizowanej przeze mnie podróży do Japonii. Jednak forma pisania bez wcześniejszego analizowania jest o wiele bardziej skuteczna, ponieważ efekt łatwo można dostrzec - zacząłem w końcu pisać.

Wyprawę rozpocząłem wraz z moją Narzeczoną 21.06.2010 roku - w doborze linii lotniczych kierowałem się ceną biletu i jak się później okazało, jakość usługi była nad wyraz zadowalająca - teraz wiem, że Aeroflot daje radę. Dwugodzinny lot pod Moskwę, a dokładnie na lotnisko Sheremetyevo minął przyjemnie. Zaraz po zetknęciu się kołami z płytą lotniska minęło poczucie niewypowiedzianej niepewności - przed nami czterogodzinna zawieszka w wyczekiwaniu na niespełna dziesięciogodzinny lot do Tokio.. Przed tak długą podróżą powietrzną oraz zmianą strefy czasowej, zastanawiałem się jak to będzie z mym samopoczuciem, czy przypadkiem mój organizm nie będzie mieć problemów z przeprogramowaniem pory dnia z porą nocną. No właśnie, nawet po wejściu do Airbus'a twierdziłem, że po godzinie zasnę jak dziecko, zjem wcześniej obiad i bez marudzenia udam się do krainy snów.. Rzeczywistość sprawiła mi psikusa, gdyż przerywanego pół-snu miałem może 30 minut - ekstra - pomyślałem sobie, a co mi pozostało to korzystanie z pokładowej rozrywki zapewnianej podczas długich lotów, tzn. ciąłem w pokera 'texas holdem', oglądałem filmy, znaczy się, próbowałem je oglądać, ponieważ repertuar akurat nie trafił w me gusta. Jedyne momenty, w których nie mogłem otworzyć oczu, pojawiały się wtedy, kiedy moja ciekawość wiodła mnie do otwarcia przysłony na oknie - słońce tak mocno operowało, że zmuszony byłem przez długą chwilę mieć oczy zamknięte, tylko po to, aby przyzwyczaić się do pokładowego oświetlenia. Ta sama ciekawość, jeszcze parokrotnie sprawiała, że światło zza uchylonej okiennicy oślepiało mnie i mało tego, za każdym razem łudziłem się, że krajobraz pode mną w końcu zdradzi odrobinę więcej szczegółów niż dotychczas..

Pod koniec lotu, czekało nas odrobinę formalności - trzeba było wypełnić kilka formularzy, które dotyczyły ilości yenów jaką wwozimy do kraju, czas pobytu, u kogo się zatrzymujemy etc..
Po 9 godzinach i 45 minutach osiągnęliśmy lotnisko Narita..Jesteśmy w Japonii!!!

Po przejściu wszelkich odpraw i związanych z tym procedur, pewnym krokiem szliśmy stawić czoła nowemu wyzwaniu, czyli zakup biletów na pociąg (5000 yen - express). Zakup, przebiegł w miłej atmosferze, wydane pierwsze yeny.. idziemy szukać swego transportu do Tokio. Wszechobecne strzałki prawidłowo oznaczały kierunek drogi do naszego peronu - dla pewności pytanie do miejscowego pracownika kolei, czy aby na pewno z tego peronu pojedziemy prosto na Tokyo Station..
Pociąg podjechał z niezwykłą elegancją, po opuszczeniu przedziałów przez pasażerów, pracownicy dbający o porządek w wagonach mogli zająć się swoją pracą; niezwykłe było to, że przed rozpoczęciem swych obowiązków, jeden z pracowników ukłonił się w pas przed wejściem do pociągu, znaczy przed rozpoczęciem pracy.. sama praca nie trwała zbyt długo, ponieważ pociąg sprawiał wrażenie, że dopiero co opuścił fabrykę, natomiast po prostych czynnościach tego pracownika, wyczuwalna była wszechobecna woń świeżości. Od razu pomyślałem sobie o naszych składach PKP..lol! Mimo tego, że w Polsce też mamy pociągi, to jednak doznania jakie towarzyszyły podczas podróży były skrajnie odmienne od tych jakie otrzymuję korzystając z PKP. Po 60 minutach osiągnęliśmy Tokyo Station - dobrze, że wiedzieliśmy, w którym kierunku mamy zmierzać, ponieważ stacja robiła niesamowite wrażenie, a ilość korytarzy, schodów, bramek wiodących do metra, na inne perony kolei miejskiej, podmiejskiej czy daleko-najszybciej-bieżnej, tzw. shinkansen, potrafiła zgubić człowieka, nawet tego dobrze poinformowanego. Pierwsze zderzenie z tym ogromnym miastem powaliło nas na kolana; wszystko przebiegałoby zgodnie z planem, gdyby nie podręczna torba, która z każdym krokiem stawała się coraz cięższa..po pewnym czasie trafiliśmy do odpowiedniego wyjścia, jesteśmy na powierzchni - mimo pewnego zmęczenia śmieją nam się oczy, godzimy się z myślami, że jesteśmy w tym Tokio. Ogarnęła nas ogromna radość, ale musieliśmy pamiętać, że jeszcze kawałek drogi przed nami - szukamy mieszkania, bo klucze już miałem w kieszeni zanim opuściliśmy lotnisko Fryderyka Chopina w Warszawie ;) To była niesamowita historia z tymi kluczami - postaram się przedstawić tę historię w telegraficznym skrócie. Kumpel mojego znajomego, akurat wybył na Mistrzostwa Świata w piłce nożnej do RPA i tym samym mieszkanie potrzebowało lokatorów - to cud, że kupując bilet w lutym, wybrałem datę wyjazdu chwilę po rozpoczęciu Mistrzostw. Nigdy nie interesowałem się piłką nożną na tyle, by śledzić terminy imprez, nawet tych o największej randze na tzw. skalę światową - zawsze wolałem grać w kosza ;) Słuchajcie, po około 40 minutach doszliśmy na miejsce - wyobraźcie sobie, że wyjmujecie jeden kluczyk i wkładacie go do zamka, do drzwi oddalonych od swego domu o kilka tysięcy kilometrów, zadajesz sobie w myśli pytanie, czy to właściwy klucz, czy zamek będzie odpowiedni, czy to się dzieje naprawdę? Kluczyk wszedł bez problemu, tak jak garnitur szyty na miarę - wszystko ze sobą współgrało; czekamy na kulminacyjny moment przekręcenia klamki.. jedno przycięcie zamka, coś się przekręciło - tadam! Jesteśmy w środku, łapiemy windę i w górę na piętro, przygoda rozpoczęta! Dopiero po pewnym czasie obcowania z mapą miasta zorientowaliśmy się, że mieszkanie, w którym mieliśmy metę, umiejscowione było w centrum centralnej dzielnicy (a to, że nad samą Sumidą, to zaledwie dodatek do całej reszty). Dla sprostowania dodam, że ciężko jest powiedzieć o Tokio, że ma swoje centrum, zdecydowanie należałoby trzymać się określenia, ,ze każda z dzielnic tej 12,5 milionowej metropolii ma swoje centrum wielkości Londynu, Paryża czy Nowego Jorku - podziałało na wyobraźnię? Ująłem to z lekką przesadą, ale takie właśnie odnosiliśmy wrażenie przemieszczając się we wszystkich kierunkach geograficznych w głąb tego niezwykłego miasta, a po 4 godzinach wartkiego marszu, nie dostrzegasz końca zabudowań, gdzie na odległym planie zauważasz kolejne wysokościowce.. i tak bez końca. Środa, 23 czerwca, nasz drugi dzień w Kraju Wschodzącego Słońca. Zaplanowaliśmy wycieczkę po dzielnicy Akihabara - miejsce tak żywe i gwarne, że ze stoperami w uszach człowiek dalej ma wrażenie, że nie dosłyszy własnych myśli. Akihabara znana jest z ogromnych domów handlowych, w których można zaopatrzyć się w najbardziej wymyślny sprzęt elektroniczny. Z Akihabarą graniczy kilka niezwykle interesujących dzielnic, drugą w kolejności po dzielnicy elektroniki wybraliśmy Ueno znanej z ogromnego parku - Ueno Park. Było to miejsce, w którym ujrzałem pierwszą pięciokondygnacyjną Pagodę pochodzącą z XVII wieku - pozostałość dawnego zespołu świątynnego Kaneiji. Aby ujrzeć w całej swej krasie tę niezwykłą konstrukcję, należy wejść do ogrodu zoologicznego, którego główną atrakcją są pandy wielkie. Następnym zabytkiem jaki ujrzały nasze oczy, była Świątynia Toshogu - obok ozdobnego pawilonu zakupiliśmy tabliczki Ema, na których umieściliśmy swe marzenia - tabliczkę powiesiłem w specjalnie przygotowanym miejscu znajdującym się przed obiektem świątynnym. Kolejną atrakcją na jaką celowo się natknęliśmy, była Wielka stupa buddyjska - podobno w tym miejscu stał posąg Buddy, a teraz zachowana została jedynie jego głowa. Jak widać, sam park nafaszerowany jest atrakcjami, oprócz tradycyjnych obiektów świątynnych jest ogrom muzeów takich jak: Narodowe Muzeum Sztuki Zachodniej, Narodowe Muzeum Nauki czy Tokijskie Muzeum Narodowe. Niestety nie wystarczyło nam czasu, aby zajrzeć do którychś z tych obiektów, a w zamian za to wybraliśmy spacer po dzielnicy Yanaka. Ta część miasta znana jest ze swych oryginalnych budynków niezniszczonych podczas trzęsienia ziemi w 1923 roku oraz bombardowania w trakcie II wojny światowej. Udało nam się dotrzeć na cmentarz o tej samej nazwie co jego dzielnica. Sam cmentarz zrobił na nas niesamowite wrażenie, tak jak jego cała okolica. Stare domki, wokół których było mnóstwo doniczkowych kwiatów, wąziutkie uliczki przepełnione spokojem, aura sprzed wielu lat, która zatrzymała się w okolicznych wielopokoleniowych zakładach, sklepikach czy galeryjkach. Jednym słowem, niezwykłe miejsce do harmonijnego życia w tak daleko rozwiniętej i unowocześnionej metropolii. Po niedługim odpoczynku wybraliśmy kierunek targu Ameyoko, a następnie dzielnicę Asakusa słynącej z niepowtarzalnej Świątyni Sensoji, poświęconej Bogini Kannon. Na dotarcie na targ Ameyoko przeznaczyliśmy resztki swych sił - przecież tego dnia przylecieliśmy, tak więc brakowało nam snu i tym samym ubywało nam energii na tak dynamiczną eksplorację Tokio, gdzie nie pozwoliliśmy sobie na ominięcie jakiegokolwiek szczegółu; niestety klimat końcówki pory deszczowej i początek nadchodzącego lata dawał nam się we znaki, choć mimo wszystko kierowaliśmy się myślą, że na targu zjemy jakiś lokalny specjał. Dlatego z uniesionymi głowami pokonywaliśmy kolejne niepowtarzalne zaułki tokijskich miejskich atrakcji, bowiem każdy zakątek wnosił coś niepowtarzalnego, coś co nasze zmysły chłonęły jak gąbka wodę.. wspaniale jest wracać do tych wspomnień..hmm.. Dobra, po kilkunastu minutach stanęliśmy przed jednym z wejść targu Ameyoko; fala ludzi mocno nami zakołysała, trzeba być niezwykle zwinnym, aby w takim tłumie czerpać jak najwięcej z otaczających nas rarytasów i tym samym nikogo nie przetrącić barkiem czy plecakiem. Ujrzeliśmy tam ogrom straganów, dosłownie ze wszystkim, jednak my zakupiliśmy trochę herbat i kilka innych drobiazgów. W końcu zwabieni zapachami miejscowych knajpek, zatrzymaliśmy się przed witryną składającą się z gotowych plastikowych dań - rewelacyjne menu. Do podjęcia decyzji o naszym obiedzie, przyczynił się pewien Japończyk, który widząc nas zostawił swych znajomych w sąsiedniej restauracyjce, by chętnie wytłumaczyć nam z czego składają się odpowiednie dania. Następnie, pokazał nam jak złożyć zamówienie; należało wrzucić właściwą kwotę do automatu, wcisnąć swój numerek z daniem, a kwitek zanieść kucharzowi i po niespełna 5 minutach otrzymać pierwszy egzotyczny posiłek ;) Dania były pyszne, choć moja potrawa z reguły podawana jest na zimno, ale nie przeszkodziło mi to, by oczyścić ze smakiem półmiski. Teraz żałuję jednego, że nie siorbałem podczas wchłaniania zupy, a siedzący obok mężczyzna, przesadnie mówiąc zagłuszał nasze myśli pogodnym chłeptaniem swej zupy. Teraz wiem, że są to chwyty dozwolone i z pewnością następnym razem nic mnie nie powstrzyma, abym miejscowym pokazał, że jem jak jeden z "naszych". Ciężko było nam rozstawać się z tym magicznym miejscem, ale chcieliśmy jeszcze ujrzeć Świątynię Sensoji. Oj, był to długi spacer, myślę, że dojście pod pierwszą bramę Świątyni zajęło nam ponad 2 godziny, a to tylko dlatego, że zaciekawieni uliczką przepełnioną pięknymi latarniami, zamiast zbliżać się do pożądanego obiektu, to się od niego oddalaliśmy. Dla osób, które mają przed sobą mapkę, powiem, że chodziliśmy po dzielnicy Taito - Ku, na północ od Asakusy. Dodam, że warto zapuścić się w tę okolicę, ponieważ klimat tych malutkich domków, uliczek był czarujący. Nie ukrywam, że nóg już nie czuliśmy, Świątyni ani widu, ani słychu, a przed nami droga powrotna do domu (okolica stacji metra Hatchobori - dzielnica Chuo - Ku, ta informacja też jest dla osób, które mają wgląd do mapy miasta). A nieskromnie mówiąc, wszystko zeszliśmy bez uruchamiania komunikacji miejskiej. Tak więc, prędzej czy później musieliśmy wejść na teren Świątyni Sensoji, a zachwyt i podziw tego obiektu zrekompensował nasz mocno odczuwalny ból nóg i doskwierający brak snu. To co ujrzeliśmy przeszło nasze najśmielsze oczekiwania - kompleks świątynny i ilość tych wszystkich konstrukcji budowlanych robiła niesamowite wrażenie. Niestety Świątynia była w renowacji, tak więc była przykryta rusztowaniem, ale i tak jako całość to wszystko co ujrzeliśmy powaliło nas na kolana. Na terytorium świątynnym spędziliśmy błogie chwile spacerując wśród pięknych bram Niten-mon oraz Kaminarimon, a także przechadzając się wzdłuż Nakamise Dori. Noc już była mocno zaawansowana, a zmęczenie spotęgowane, tak więc czas wracać do domu.. Już nie pamiętam jak długo wracaliśmy - nie było to ważne, gdyż to co przeżyliśmy i to co zwiedziliśmy, na stałe utkwi w naszej pamięci. W godzinach późno wieczornych następnego dnia (czwartek 24 czerwca), mieliśmy rozpocząć naszą pierwszą przygodę, wybierając się do pewnego Filipińczyka poznanego kilka miesięcy wcześniej na portalu Hospitality Club. Historia wyglądała następująco, zaraz po kupieniu biletów na samolot (koniec lutego 2010 roku), zacząłem wdrażać idee mające na celu niwelowania kosztów wyprawy do akceptowalnej kwoty, takiej, aby wyjazd ten był w cenie studenckiego wypadu przeznaczonego dla grubych ryb, którzy płacą i o nic innego nie dbają, bo po prostu muszą być tu czy tam, a w telegraficznym skrócie, chcą być wszędzie nie przykładając większej uwagi na to, ile co kosztuje. Z nami było nieco inaczej, bo każdy grosz uzbierany na ten wyjazd był efektem zaciśniętego pasa , a gdyby nie nasi rodzice i ich wsparcie w postaci domowej roboty chleba, zup, pierogów czy rozmrażanych kopytek, ciężko byłoby pogodzić koniec z końcem..ale udało się i dziś już nikt nie pamięta, że było pod górkę - w końcu czego się nie robi dla spełnienia swych życiowych marzeń, prawda? Wracając do organizacji tej wyprawy, chciałbym wspomnieć o istnieniu HC, o którym dowiedziałem się z książek Kingi Choszcz - chylimy czoła przed tą wielką Postacią oraz nad Jej niezwykłym życiem, które niestety zgasło zbyt wcześnie..A zatem, po tym jak kupiłem bilety, zadałem sobie pytanie, co dalej? Zalogowałem się na HC i prześledziłem wszystkich Japończyków oraz gro osób mieszkających w Japonii, pytając każdego czy nas nie przenocują, czy nie spędzą z nami dnia lub nie wskażą osoby, która mogłaby pomóc nam w podobny sposób. Niewielki był odzew, ale jakże udany - lepiej nie można było trafić; poznaliśmy życzliwego kolegę, Filipińczyka, który zaproponował nam pobyt w swym domu, w Fukuyamie, tj. w prefekturze Hiroshimy. Nie nadwyrężyliśmy jego gościnności i spędziliśmy z nim sześć dni, choć nalegał abyśmy zostali dłużej. Jednak nie było to możliwe, ponieważ zależało nam na trzymaniu się swej z góry ustalonej agendy. Kontynuując nasz czwartkowy dzień w Tokio, wiedzieliśmy, że nie możemy przesadzić z naszym zwiedzaniem i postanowiliśmy, że pospacerujemy wzdłuż rzeki Sumidy. W ten sposób doszliśmy na targ Tsukiji, jeden z największych rybnych targów na świecie, na którym można spotkać ogrom kramów, w których pracownicy rozprawiają się z niezliczoną ilością ryb oraz owoców morza. Na targu można zjeść najświeższe sushi, a w okolicy rybnego targu znajduje się ciekawy bazarek, gdzie można zaopatrzyć się w interesujące pamiątki. My akurat zakupiliśmy pełny zestaw do parzenia herbaty - gdyż w herbatę zaopatrzyliśmy się na targu Ameyoko. Po splądrowaniu bazarku udaliśmy się w stronę ogrodu pałacowego Hama, było to miejsce wypoczynku szoguna. Park położony jest w miejscu, w którym Sumida wpada do Zatoki Tokijskiej, tak więc otoczenie jest niezwykle ciekawe. Główną atrakcją w tymże ogrodzie jest herbaciarnia Nakajima, w której cesarz Meiji zwykł pijać herbatę. Herbaciarnia położona jest na sztucznie usypanej wysepce, w centralnym miejscu sporego stawu. Za wejście do ogrodu trzeba zapłacić około 150 yenów od osoby. Dodam, że większość parków w Tokio jest odpłatna, ale na szczęście kwota za wstęp jest jedynie symboliczna. Poza tym koniecznie trzeba zwiedzić kilka parków, by uchwycić to piękno jakim one emanują, a swój charakter zawdzięczają bardzo ciężkiej ludzkiej pracy. I tym sposobem szybko zapominamy, że musieliśmy płacić za możliwość obcowania wśród stale zmieniającej się żywej sztuki. Po długim odpoczynku, upewniliśmy się w tym, że czas kierować się w stronę domu, ponieważ trzeba było przygotować się do dalszej drogi. Wracaliśmy do domu ulicami gwarnej Ginzy, a po drodze zaglądaliśmy do okolicznych sklepów; ja poszukiwałem słowników do nauki podstawowego japońskiego, a to wszystko w oprawie rysunków. Miałem przykład takiej książki pozostawiony przez właściciela tokijskiego apartamentu, który zamieszkiwaliśmy - tak spodobała mi się taka książka, ze zapragnąłem taką mieć. Oczywiście znalazłem słownik i bez mrugnięcia oka przeznaczyłem nań 1500 yenów. Ta jakość i funkcjonalność zasłużyła na to, abym zakupił dwie różne edycje takich kolorowych słowników w niezwykle atrakcyjnej wersji english-japanese. Po dotarciu do domu, mieliśmy kilka godzin na złapanie oddechu, na wzięcie prysznica i uporządkowanie mieszkania, nie pomijając zjedzenia obiadu. Pakowanie potrzebnych rzeczy nie zajęło nam dużo czasu, tak więc dysponowaliśmy dłuższą chwilą, aby przed całonocną podróżą do Fukuyamy sowicie wypocząć. Jak do tej pory, nie mieliśmy żadnego wyobrażenia o podróży japońskimi autokarami, a nasze doświadczenie sprowadzało się do tego polskiego standardu osadzonego w europejskim wymiarze. A to sformułowanie mówi tyle co nic, w każdym razie, to co zaserwowała nam Japonia i jej obsługa transportowa przekroczyła nasze najśmielsze oczekiwania jak i wyobrażenia o tym, że można każdego obywatela potraktować w sposób szczególny. Miejsce naszego odjazdu znajdowało się w dzielnicy Shinjuku, a na sam autobus zostaliśmy odprowadzeni przez pracownika firmy przewozowej znajdującej się w budynku Sumitomo. Zachodnia część Shinjuku to tak zwane drugie serce miasta; ilość wysokościowców doprowadza do zawrotu głowy, a kipiące bogactwo architektoniczne odbiera mowę. Przed odprawą naszego autokaru musieliśmy pojawić się z rezerwą 30 minut, co uszanowaliśmy, a poza tym, nie chcieliśmy stracić naszego transportu. Po wejściu na pokład, zasiedliśmy w niezwykle wygodnych fotelach, a przestrzeń między siedziskami była tak duża, że śmiało mogłem wyprostować nogi. Dodam na marginesie, że mierzę 186 centymetrów wzrostu i nie miałem żadnych problemów z poczuciem jakiegokolwiek dyskomfortu. Mało tego, nagłówek wyposażony był w mały baldachim, który można było zaciągnąć na głowę, co przypominało suszarkę w salonie fryzjerskim z początku lat dziewięćdziesiątych i jednocześnie skutecznie chronił oczy przed dostaniem się jakimkolwiek zewnętrznym światłem. Pozytywnie zaskoczyło mnie oddzielenie kotarą kierowcy od reszty pasażerów, a podnóżek w rozkładanym fotelu bezbłędnie koił zmęczenie mych nóg. Co każdą drugą godzinę mieliśmy postój - kierowca zamiast palić papierosa jak to w naszych realiach można zaobserwować, tu, proste ćwiczenia i krótki spacer wpływał na poziom jego regeneracji i polepszenia samopoczucia. Do Fukuyamy dojechaliśmy o wczesnej porannej godzinie, tj. o 6:30. Na przystanku czekał na nas kolega z HC; fajnie, że przed pierwszym spotkaniem, mieliśmy ogrom okazji, aby pogadać na różne tematy, co zwyczajnie kontynuowaliśmy od chwili spotkania. Kolega z HC, poza zawodowymi działaniami, wykorzystywał swoje wokalne umiejętności koncertując z dwoma zespołami, a poza tym prowadził różnego rodzaju okolicznościowe imprezy. Do Fukuyamy dotarliśmy w piątek, ponieważ tego wieczoru nasz znajomy miał koncert, tak więc pobyt w zachodniej części Honsiu zaczęliśmy od jego show. Cały dzień wtapialiśmy się w lokalne otoczenie, spacerując po mieście i odwiedzając różne knajpki; jeśli chodzi o moją osobę pierwszy raz w życiu miałem okazję skosztować sushi. Powiem szczerze, że sushi jadać będę tylko w Japonii, gdyż po zaczerpniętej opinii od Japończyków mieszkających w Polsce, nie chcę psuć sobie zdania na temat tej kuchni serwowanej w naszym kraju. Choć wierzę, że i u nas można zjeść rewelacyjne sushi, lecz jak dotąd nie miałem okazji tego doświadczyć. Sobota była dniem deszczowym i mimo to, postanowiliśmy pojechać do Hiroshimy. Trasa kolei (JR) wiodła wzdłuż zasiedlonego wybrzeża mieniąc się okolicznymi górami. Szybko umykające widoki zza okna pociągu zapierały dech w piersiach. Po horyzont rozpościerał się sielski klimat, z którego emanował wiejski czar. Dojazd do Hiroshimy zajął nam 90 minut; przy dworcu kolejowym wsiedliśmy do tramwaju, by bezpośrednio dojechać pod miejsce symbolizujące atak bomby atomowej. Widok budynku Kopuły Bomby Atomowej zatrzymał nas na dłuższy czas; ciężko było nie oddać się głębszej zadumie o tym co wydarzyło się 6 sierpnia 1945 roku o godzinie 8.16. Następnie weszliśmy na Most Motoyasu, stąd zrobiłem kilka fotek Kopule Bomby Atomowej i kolejno mknęliśmy zdecydowanym krokiem w stronę Muzeum Pokoju. Sam Park Pokoju znajduje się blisko hipocentrum wybuchu, wokół głównej alei rosną strzyżone krzewy i tak zwane Drzewa Feniksa, którym uderzeniowa fala siejąca spustoszenie wypaliła z jednej strony część koron. Na moją wyobraźnię najbardziej podziałał Płomień Pokoju, który zostanie zgaszony w chwili, kiedy broń masowego rażenia przestanie istnieć. Tuż przed Muzeum Pokoju postawiony został Cenotaf upamiętniający wszystkie stracone ofiary wybuchu bomby atomowej. Muzeum Pokoju w bardzo podobny sposób do Muzeum Powstania Warszawskiego przedstawia dramatyczne skutki ludzkiej nienawiści, agresji oraz demonicznych intencji. Atmosfera w tym miejscu jest szczególna, ta wszechobecna cisza potęguje ludzkie emocje, a dodatkowego roztargnienia dodawał nam lejący się na nasze głowy deszcz..
Czas nas gonił, a przed nami wycieczka, której nie mogliśmy się doczekać; dobiegliśmy do tramwaju, a po dojechaniu do portu, przesiedliśmy się na statek, którym dopłynęliśmy do Wyspę Miyajima. Rejs trwał 20 minut, tak więc wyspa prawdopodobnie widziana jest z brzegu Hiroshimy, ale nad morzem unosiła się zbyt gęsta mgła, aby ocenić przemierzany dystans statkiem. Pomimo kropli wody zawieszonych w powietrzu, już z oddali dała się zauważyć cynobrowa barwa stojącej w morzu Wielkiej Torii stanowiąca wejście do Świątyni Itsukushima. Wyspa swym naturalnym pięknem zapraszała nas do jej głębszej eksploracji, a oswojone jelenie i sarny spacerujące po miasteczku stanowiły o jej magii. Powoli zbliżaliśmy się do końca tej pięknej wycieczki, która zasłużyła na miano jednej z najpiękniejszych w naszym życiu, a poza tym musieliśmy ściśle się trzymać godzin odpływających statków, gdyż po przegapieniu ostatniego, musielibyśmy nocować na wyspie. W rezultacie szczęśliwie odpłynęliśmy ostatnim tramwajem wodnym; przed nami sympatyczna podróż do Fukuyamy i upragniony odpoczynek, ponieważ następnego dnia, w niedzielę czekały na nas kolejne zaplanowane atrakcje. W niedzielę po śniadaniu zebraliśmy się do miasta Kurashiki, gdzie byliśmy uczestnikami uroczystości z okazji Niepodległości Filipin. W programie były filipińskie piosenki oraz ludowe tańce przemieszane z tymi mocno uwspółcześnionymi. Imprezę zapoczątkował ksiądz prowadząc skróconą wersję mszy świętej, a pod koniec wszystkich pokazów, czekała na zgromadzonych gości gra w bingo. Jedna z organizatorek, dwukrotnie zachęcała nas do kupna zdrapki bingo i zanim przyszła do nas trzeci raz, namówiłem moją Narzeczoną, aby kupiła zdrapkę. Nasz Filipiński kolega był głównym bohaterem tego dnia, ponieważ odpowiadał za konferansjerkę, jak również zakończył lokalny festyn folklorystyczną filipińską piosenką. Wracając do bonów zdrapek bingo, nasz kolega podarował nam jeszcze jeden kartonik z numerkami. Gra polegała na zdrapaniu w pionie lub w poziomie pięciu pól z numerkami, które wcześniej były wybierane przez osoby prowadzące zabawę. Tuż przed rozpoczęciem zabawy, z moją Ukochaną ustaliliśmy, że jak już wygramy jakąś nagrodę to tylko główną, ponieważ za drugie miejsce można było zgarnąć mini wieżę. Niestety nie wiedzieliśmy co jest za pierwsze miejsce, gdyż pudełko było za małe, aby uchwycić je wzrokiem (,a tak na marginesie, wygrałem główną nagrodę, czyli aparat cyfrowy ;D). Oczywiście do zabawy podeszliśmy z uśmiechem i właściwym nastawieniem, że po prostu będzie niezły ubaw. Zresztą cały czas uśmiech, a momentami nieokiełznany śmiech wybuchał w nas, szczególnie w chwili kiedy główna organizatorka Philippine Japan Friendship Day, tym samym Pani Prezes KPC (Kurashiki Pilipino Circle), przewróciła ze sceny palmę z kokosami. A to tylko dlatego, że ze swojego przejęcia kobieta zajmowała się wszystkim; tańczyła, śpiewała, kilka razy zmieniała stroje, uczyła choreografii, wyprowadzała ze sceny małe dzieci, momentami prowadziła konferansjerkę - robiła wszystko i nie pozostała obojętna w stosunku do palmy. Cała sala wybuchła śmiechem, ale to tylko dlatego, że ogólnie było niezwykle zabawnie. I w takiej atmosferze zakończył się dzień kultury Filipińsko - Japońskiej. Po imprezie Rubi miała ubrać moją Madzię w kimono, nie pomijając specjalnego uczesania i specyficznego wyrazistego makijażu. Choć biały kolor zarezerwowany dla Maiko, nie pojawił się na twarzy mej Kobiety, to efekt końcowy był oszałamiający. Jedno marzenie mojej Narzeczonej się spełniło, gdyż po 2 godzinach intensywnych przygotowań, była gotowa na sesję zdjęciową z Zamkiem w Fukuyamie w tle. Moja Ukochana weszła w rolę Maiko jak profesjonalistka, tym samym miejscowi japończycy odprowadzali nas wzrokiem do momentu kiedy nie zniknęliśmy za rogiem ulicy, czy jakiegoś innego zabudowania. Zamek oświetlany blaskiem księżyca prezentował się przepięknie, a dziewczę w kimonie wyglądało bosko!!!Po sesji plenerowej udaliśmy się do restauracji na kolację. Jedzenie było serwowane w postaci szwedzkiego stołu, a sushi najczęściej gościło na mym talerzu, jednak chęć skosztowania innych potraw była trudna do powstrzymania, tak więc rozkoszowałem się innymi daniami, których nazw nie jestem w stanie sobie przypomnieć. Kolejną atrakcją wieczoru było wyjście do pubu, gdzie uraczyliśmy się piwem i różnymi przekąskami. W lokalu, którego nazwy nie zakodowałem, zaprzyjaźniony z naszymi znajomymi właściciel puścił energetyzujące 'jungle', a w trakcie następnych minut dosiadła się do nas wesoła trójka przesympatycznych nastolatków - przynajmniej tak młodo wyglądali, choć wykonywali zawód pielęgniarski w szpitalu w Fukuyamie. Kierowali się chęcią porozmawiania z obcokrajowcami, a do tego ochoczo pili z nami piwko – byli to niezwykle pogodni ludzie, ponieważ szczery uśmiech nie znikał z ich krągłych twarzy. Niedziela zbliżała się ku końcowi, wszyscy byliśmy zachwyceni tym dniem, a my byliśmy zauroczeni tym wszystkim co nas spotkało, mimo tego, że mojej Kobietce od momentu przywdziania kimona temperatura ciała prawdopodobnie przekroczyła 40 stopni, to i tak warto było poświęcić się dla wspomnień. Poniedziałek spędziliśmy z koleżanką na miejskich codziennych atrakcjach; wtapialiśmy się w tłum w centrach handlowych, odwiedziliśmy muzeum zabytkowych pojazdów oraz odwiedziliśmy dwie restauracyjki, w których poznawaliśmy walory japońskiej kuchni. Ten pierwszy lokal był prowadzony przez przyjaciela naszej koleżanki, tak więc rodzinny klimat towarzyszył nam od przekroczenia progu tej japońskiej restauracyjki, z której rozbrzmiewały jamajskie dźwięki, a nasze zmysły kusiły japońskie aromaty. Miyagi, tak było jemu na imię dbał o to, abyśmy dobrze się czuli w jego lokalu. Tego dnia narodowa drużyna Japonii w piłce nożnej grała mecz z, Norwegią?hmm..pamiętam, że Japończycy przegrali w rzutach karnych i chyba była to skandynawska drużyna, w sumie nie jest to ważne, gdyż wtedy każdemu z nas udzielił się duch piłkarskiego kibica, co widać na zdjęciach. Nasz wspaniały Gospodarz, pełną gębą był artystą i korzystając z przywileju prowadzenia swojej restauracji, tuż przy wejściu, sprzedawał płyty ze swoją muzyką.. Atrakcją kolejnego dnia była wycieczka do pobliskiego miasta Tomo No Ura, gdzie udaliśmy się stateczkiem do parku krajobrazowego umiejscowionego na wyspie. Po długim spacerze, odpoczęliśmy w restauracji utrzymanej w tradycyjnym starym japońskim stylu, gdzie kolejny raz mieliśmy szczęście pobróbować smaków lokalnej kuchni; tym razem specjałem była ryba 'Tai'. Był to kolejny dzień pełen nowych widoków, smaków i doznań. W taki oto sposób dotrwaliśmy do wieczora, gdzie czekała na nas kolejna kulinarna niespodzianka - była to wizyta u zaprzyjaźnionego restauratora Miyakiego, który raczył nas piwem podawanym w oszronionych kuflach oraz specjalnym mięsem z ogromem dodatków; wszystko to było przygotowywane na specjalnym rozgrzanym do czerwoności blacie kucharskim..trudno jest odtworzyć te wszystkie nazwy potraw, choć kiedy oglądam fotografie z tego wieczoru, od razu przypomina mi się paleta smaków nowych potraw.
Następnego dnia, w środę, wyczekiwaliśmy przybycia naszej koleżanki Rubi. Dziś miał to być ostatni dzień w Fukuyamie, dlatego już od samego rana nasza znajoma chciała dzielić wspólne chwile z przyjaciółmi z Europy. W planach miała zaproszenie nas do gry w Pachinko - była to kolejna niezwykła wycieczka, a to co nas spotkało wśród automatów do gier, przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Był to nasz pierwszy raz kiedy przebywaliśmy w salonie gier wielkości kilkupiętrowego domu handlowego, a hałas jaki nam towarzyszył, można przyrównać do odgłosów silników samolotów odrzutowych. Najbardziej zaskakujący dla nas moment dotyczył naszej wygranej - 20 tysięcy jenów. Nasz filipiński Anioł Stróż, wypełniał nam rozrywką każdą spędzoną wspólnie chwilę. Kolejną niespodzianką było odwiedzenie Muzeum Narodowego w Fukuyamie, w którym to mogliśmy podziwiać na czasowej ekspozycji samurajskie miecze - katany. Była to wyjątkowa okazja by podziwiać liczną w zbiory wystawę, składającą się z kolekcji mieczy sprowadzonych z terenów całej Japonii.Po wystawie zeszliśmy do kawiarenki na zieloną herbatę. Niestety nasz wspólnie spędzany czas dobiegał końca, gdyż Rubi musiała mknąć do pracy, którą rozpoczynała o godzinie 18.00 - pracowała w ekskluzywnym lokalu, do którego przychodzili zamożni goście spędzić czas w towarzystwie współczesnych maiko, śpiewając karaoke i racząc się przy różnych alkoholach.
Kiedy wróciliśmy do domu, zabraliśmy się za pakowanie plecaków i sprzątanie mieszkania, tak aby nasz kolega Chaq, nie odczuł, że przez tydzień jego małe mieszkanko przyjęło formę hostelowego pokoju. W pewnym momencie zorientowałem się, że nasz zarezerwowany wyjazd do Kyoto powinien odbyć się minionej nocy..Ciężko mi się to wspomina, gdyż niestety straciliśmy sporo gotówki poprzez niestawienie się na autokar. Jednak nikt się nie spodziewał, że w dniu w którym już nie powinno nas być w Fukuyamie, wygramy na tyle wystarczającą kwotę, że spokojnie mogliśmy kupić nowe bilety i jeszcze troszkę nam zostało. A przeżycia gry w Pachinko pozostaną w nas aż do końca..
W dniu naszego odjazdu nie było już transportu do Kyoto, tak więc zostaliśmy z naszymi znajomymi jeden dzień dłużej. Rubi kiedy dowiedziała się o naszej sytuacji, od razu bez namysłu, zaprosiła nas do lokalu, w którym pracowała. Wieczór ten był fantastyczny; była to kolejna okazja by doświadczyć czegoś zupełnie nowego - piliśmy ciepłą jak i zimną sake, opróżniliśmy dwie butelki jakiegoś fajnego słodkawego alkoholu, mimo tego, że Rubi proponowała whisky ;D - już wiem jakby to się skończyło..współczesne Maiko wymieniały się bardzo dyskretnie, by swoją osobą wnieść kolejno coś innego dla urozmaicenia naszego wieczoru. Otrzymywaliśmy przekąski, nasze szklaneczki stale były wycierane przez dziewczyny, a ta, która znała angielski, ochoczo nas zagadywała. Największą niespodzianką było karaoke i konieczność odśpiewania przez nas przygotowanej wcześniej piosenki - "Sekai ni hitotsu dake no hana". Po kilku godzinach intensywnego relaxu, udaliśmy się do domu.
Czwartek - tego dnia nie mogliśmy przegapić transportu do Kyoto. Kilkugodzinna podróż wygodnym autokarem przebiegła bardzo sprawnie. Po około 3 godzinach dotarliśmy do Osaki, gdzie spacerkiem przedostaliśmy się na dworzec kolejowy, by po 40 minutach wjechać na dworzec główny w Kyoto. Wspomnienie drogi do naszego hostelu sprawia, że włos jeży mi się na głowie. Mimo kaca, poziomu wilgotności powietrza przekraczającej wszelkie normy i pory letniej, która osiągała swoje apogeum, twardo szliśmy w kierunku naszej bazy noclegowej. Tym razem nie obeszło się bez wsparcia ludzi dobrej woli, gdyby nie ich pomoc, zlokalizowanie naszego hostelu, byłoby chyba niemożliwe. Budynek o 10 piętrach i szerokości dużych drzwi wejściowych, był bardzo trudny do namierzenia. Jednak standard zastany w pokoju rekompensował nasze wycieńczenie - był to hostel, tak, hostel, któremu spokojnie można przypiąć 4 hotelowe gwiazdki. Najbardziej pozytywne wrażenie zrobiła na nas łazienka ;D, a muszla klozetowa za pomocą kilku przycisków dbała o naszą higienę intymną, hehe..niesamowita rzecz, którą musicie kiedyś wypróbować. Całe popołudnie spędziliśmy w pokoju, jednak bardzo potrzebowaliśmy doładować swe akumulatory, a co później się okazało, na dobre nam to wyszło, ponieważ Kyoto zaskoczyło nas swymi urokliwymi miejscami, ogrodami czy też świątyniami. W tym mieście spędziliśmy cztery dni, jednak miasto oraz jego okolica oferuje tak dużo, że dwutygodniowy pobyt prawdopodobnie nie wystarczyłby do poznania jego atrakcji. Po całodniowym spa, postanowiliśmy wieczorem zejść centrum Kyoto, dobrze wygłodniali i spragnieni nowych widoków, penetrowaliśmy lokalne zaułki i zaglądaliśmy we wszystkie możliwe zakamarki - jednak wszystko to odbywało się w okolicy naszego hostelu. Piątek, do opuszczenia Kyoto pozostało nam 72 godziny, po porannym prysznicu wybieramy się na zdobywanie wszystkiego co może zaproponować nam miasto. Cały dzień minął nam na poszukiwaniu ścieżki Filozofa, której w rezultacie tego dnia nie udało nam się znaleźć, gdyż na kilka godzin zostaliśmy pochłonięci Wschodnią częścią dzielnicy Gion oraz Higashiyamą (Góry Wschodnie). Spacer po tym urokliwym i zacisznym parku Maruyama wciągnął nas na długie godziny. Z ruchliwej ulicy do tej zielonej i spokojnej przestrzeni przechodzimy pod dwukondygnacyjną bramą kaplicy Yasaka. W tym miejscu warto zapomnieć o uciekającym czasie i kontemplować wszystko co oferuje to niezwykłe miejsce. Po długim spacerze udaliśmy się na obiad, a zaraz po nim na wieczorny spacer po dzielnicy Gion. Jak zwykle urzeczeni napotkanymi widokami, poszliśmy do hostelu spać. W sobotę postanowiliśmy powtórzyć trasę z dnia poprzedniego, gdyż intrygowało nas kilka nieodkrytych jeszcze obiektów na terenie Higashiyama. Sam park jest ogromny i dlatego poprzedniego dnia nie skręciliśmy w jedną alejkę, która ukazała nam Ne-ne no Michi - jest to alejka z eleganckimi sklepikami i galeriami, która prowadzi do Ryozen Kannon, betonowej 24-metrowej figury Buddy, stanowiącej pomnik japońskich żołnierzy poległych w czasie II wojny światowej. Dziś kiedy to opisuję ciężko mi odtworzyć te emocje jakie towarzyszyły nam podczas odkrywania tej części miasta, ale pocieszające jest to, że wspomnienia są powalające i będą nam towarzyszyć przez całe życie. Podczas tego spaceru udało nam się dotrzeć do 1000-letniej świątyni Kyomizu - szliśmy drogą prowadzoną widza przez wspaniałe brukowane uliczki, które z dwóch stron otoczone są sklepikami z różnorodnymi pamiątkami oraz z niezwykle delikatną porcelaną Kiyomizu-yaki. W niektórych sklepikach można samemu, własnoręcznie stworzyć dla siebie porcelanową filiżankę czy kubek. Za dodatkową opłatą jest on wysyłany bezpośrednio do domu, do najbardziej odległych miejsc na świecie. Pozostałą część dnia spędziliśmy w dzielnicy Gion. Pełni wspaniałych wrażeń, wróciliśmy do hostelu na spoczynek. Ostatniego dnia byliśmy umówieni z koleżanką Chaqa, Toshiko, która przyprowadziła swoją filipińską koleżankę, Valerie. Toshiko pochodzi z pobliskiego miasta, Nary, pierwszej stolicy Japonii, a Valerie, od 4 lat zamieszkiwała w Kyoto. Plan mój był taki, że w pierwszej kolejności podeszliśmy do Zamku Nijo, który zaliczany jest do wielkich twierdz Japonii. Zamek ten znany jest z pięknych malowideł oraz trzeszczącej podłogi, która miała na celu zdradzić wroga, który mógł niepostrzeżenie dostać się do środka Zamku. Zespół pałacowy zbudował szogun Tokugawa leyasu w latach 1543-1616. Zamek otoczony jest przepięknym ogrodem Nijo, z bardzo różnorodną roślinnością oraz wieloma skałami. Kolejną atrakcją, do której również doszliśmy był Park Cesarski, Kyoto Gyoen. Jedynym schronieniem przed intensywnymi promieniami słonecznymi, dawały gęsto występujące w parku sosny. Ogromne, kamieniste, suche jak pieprz alejki występujące w tym parku, wiły się po horyzont niczym rzeka Nil. Miejsce to było bardzo rozległe, a przez upalne słońce, do zwiedzania męczące. Postanowiliśmy tym razem wziąć autobus i udać się do Złotego Pawilonu, Kinkakuji. Droga do samego pawilonu prowadzi wśród drzew, natomiast najbliższe otoczenie świątyni wypełnia staw, który okala piękny spacerowy ogród. Dzień był przepiękny, cały czas słońce paliło nas w karki, jednak Valerie nie przyzwyczajona do takiego tempa zwiedzania, lekko spowalniała wycieczkę. W każdym razie po całym dniu spacerowania, powiedziała, że jak mieszku w Kyoto od 4 lat, to nie udało jej się zwiedzić aż tylu atrakcji. Ale nim się pożegnaliśmy, pojechaliśmy na drugi koniec miasta. Na skrajnym wschodnim końcu, znajduje się cudowna promenada obsadzona drzewami wiśni. Jest to tak zwana ścieżka Filozofa, która biegnie wzdłuż kanału ciągnącego się u podnóża Gór Wschodnich, Higashiyamy. Obok ścieżki znajduje się Srebrny Pawilon, Ginkakuji. Tak wspaniale rozpoczęty dzień niestety zbliżał się ku końcowi, a kolejną i już ostatnią atrakcją miało być ustrzelenie prawdziwej Geiszy. W Gion-kobu, gdzie można spotkać Gejszę, wśród wąskich uliczek, które otoczone są eleganckimi restauracjami i gospodami, zwanymi kolejno ryotei i ryokan, nam udało się wyczekać chwili, w której na niewielkim skrzyżowaniu pojawiła się prawdziwa Gejsza. Wszyscy byliśmy oczarowani tym momentem, niestety droga jaką pokonywała z gospody do taksówki, nie była długa. W każdym razie Toshiko, powiedziała, by upatrzyć Gejszę to niezwykła rzadkość - nie spodziewaliśmy się tego, a dodatkowo, dziewczyny podziękowały nam za szczęście, które jak się okazało zdecydowanie sprzyja początkującym.


















Posted by Picasa
https://plus.google.com/photos/107304174086607868545/albums/5765646917033401537?authkey=CICy65qsuPel3gE W takim uniesieniu, radości i wypiekach na rozweselonych twarzach, pożegnaliśmy się z koleżankami, dziekując im za cudowne towarzystwo i rewelacyjny dzień, a nam podziękowano za wycieczkę ;D. Kiedy dziewczyny poszły w swoją stronę, Magdalenka pobiegła do sklepu w celu zaopatrzenia nas w jakieś przekąski na podróż - w nocy, czekała nas 'przeprawa' do Tokyo. Ja czekałem pod hostelem, obok którego był sklep, a w tym sklepie, nie uwierzycie - prawdziwa Maiko, która z Mamą robiła zakupy. niezakłócając im spokoju, przymierzyłem się do zrobienia jej zdjęcia - w momencie kiedy zorientowała się, że ktoś ją obserwuje, odwróciła się w moim kierunku i ładnie usmiechnęła do obiektywu. Stwierdziłem, że kulturalnie zaczkam na nią przed sklepem i zapytam o możliwość zrobienia fotografii. Tak też uczyniłem - Maiko przyjęła pozycje na ułamki sekund zastygając w miejscu. Na koniec wymieniliśmy się serdecznym uśmiechem, wsiadła do taksówki i odjechała w swoim kierunku. Sekundę po tym nadbiegła Magdalena, która nie mogła uwierzyć w to co mnie spotkało. Zanim wzieliśmy z recepcji plecaki, na naszą prośbę pracownica hostelu zrobiła nam zdjęcie, po to, by umieścić nasz wizerunek na ścianie wraz z krótką wzmianką z pobytu w Kyoto. Przed nami pozostały niecałe 3 dni na dozwiedzanie Tokyo. Przez ten czas splądrowaliśmy takie dzielnice jak Harajuku, gdzie spacerowaliśmy wśród wąskich uliczek szukając przebranych nastolatków w stroje ulubionych bohaterów anime lub własne kreacje przedstawiające ich osobowość lub zupełnie ją maskując. W pobliżu Harajuku spacerowaliśmy po parku Jojogi, gdzie podziwialiśmy świątynie Meiji, która jest najważniejszą shintoistyczną świątynia w Tokyo. Dotarliśmy do dzielnicy Shibuya znanej jako dzielnica rozrywki tokijskiej młodzieży, gdzie ostatnie wygrane w Fukuyamie jeny tym razem przegraliśmy w kasynie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Posted by Picasa
Udało nam się zwiedzić zachodnie Shinjuku, które jest centrum biznesowym i w końcu dzielnicę Roppongi, która jest klubowym centrum Tokyo.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Posted by Picasa
Przeszliśmy dziesiątki kilometrów, wjechaliśmy na punkt widokowy w dzielnicy biznesowym, Shinjuku, dokładnie w budynku Tokyo Metropolitan Government Offices z 40-go piętra jest co podziwiać.

Shinjuku

Wieczorową porą wjechaliśmy na 150-ty metr Tokyo Tower, z której rozpościera się bajkowy widok na gęstą i gdzieniegdzie wysoką zabudowę miasta. Co ciekawe w okolicy Tokyo Tower (333 m wysokości), która jest kopią paryskiej Eiffla(324 m wysokości), wyższą od niej o jedyne 9 metrów, znajdują się pola golfowe, korty tenisowe i mnóstwo zieleni, a mowa jest o parku Shiba.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Posted by Picasa
Staraliśmy się wycisnąć z miasta ile się da i chyba nam się to udało. W dniu powrotu, kiedy już byliśmy na lotnisku, stawiliśmy czoła nowemu doświadczeniu. Po kilku godzinach czekania na swój lot, okazało się, że maszyna dziś nie oderwie się od ziemi. Personel lotniska, bardzo sprawnie zorganizował nam transport do hotelu znajdującego się nieopodal lotniska Narita. Tam czekała na nas wykwintna kolacja, w pokoju lodówka pełna różnych niespodzianek, a rano, przygotowane śniadanie. Mieliśmy drugie podejście do wylotu, gdzie byliśmy świadkami tragicznych scen, gdzie kobiety ryczały, zalewając się łzami, że muszą dziś lecieć. Sytuacja robiła się nieciekawa, ponieważ znów padło hasło, że dziś niestety nie polecimy. Po jakimś czasie, wiadomość ta została skorygowana, a naniesione poprawki mówiły, że samolot dziś rozpocznie swój rejs, jednak nie wszystkim uda się polecieć. W pewnym czasie lekko poirytowany widokiem rosjan, którzy z szyderczym zadowloleniem wymalowanym na twarzach, odsyłani byli do odprawy (przypomne, że lecieliśmy Aeroflotem, rozyjskimi liniami lotniczymi), więc sprawa była jasna, że swoich będą wpuszczać bez zastanowienia. Najgorsze było to, że rosyjskojęzyczne osoby, przez swą mimikę i spojrzenia, ewidentnie drwili z pasażerów, którzy byli blisko nerwowego załamania. Tak więc wszedłem do akcji i po długich negocjacjach - z efektem co najmniej zaskakującym - Japoneczka, swym miłym głosem oznajmiła, że możemy dziś lecieć i ma dla nas miejsca w biznes class. No cóż, wiedziałem, że walcze o swoje, ale że aż tak jestem dobrym negocjatorem, tego się nie spodziewałem po sobie. Naturalnie, szczęście nam sprzyjało, po odprawie, kiedy wtopiliśmy się w wygodne fotele, podszedł do nas kelner z butelką schłodzonego szampana, podał kieliszki, które szybko wypełnił tym złocistym płynem. Nie mogliśmy w to uwierzyć i co ciekawe, już nikt nie mógł nas przesadzić do dobrze nam znanej klasy ekonomicznej. Obiad serwowany na porcelanowych talerzach, wpierw jak w dobrej restauracji, kelner przyniósł menu. Sushi, owoce morza, whiskey i dobry film. Acha, powinienem dodać, że byliśmy w tak zwanych ciepłych kapciach, fetele rozkładały się na całą długość, tak więc wygodnie mogłem leżeć jak w swoim łóżku. Dodatkowo, kosmetyczka z najbardziej potrzebnymi rzeczami jak szczoteczka do zębów, pasta, waciki etc.. tak można podróżować, a dla nas był to niezły odlot. Kiedy przygoda dobiegała końca, nasz bilet ze swoją magiczną mocą, dał nam zielone światełko na podmoskiewskim lotnisku, gdzie mogliśmy pokazując bilet, zasiąść w bufecie i posilić się serwowanymi przekąskami i zimnymi napojami. Po wejściu na pokład samolotu reprezentowanego przez Polskie Linie Lotnicze, stado biznesmenów dziwnie na nas zerkało, że to my, a nie oni, zasiadujemy w pierwszym rzędzie, co oznaczało, że bilet nasz musiał sporo kosztować. Zaraz po wystartowaniu, stewardesa zasłoniła nas kotarą od reszty pasażerów i rozpoczeła procedurę wydawania posiłków. I tak, z pełnymi żołądkami, humorem i niezwykłymi wspomnieniami, jak widać od początku do samego końca trwania tej podróży, szczęśliwie zawitaliśmy do Warszawy.